Zaloguj się
Jeśli chcesz dodać notkę, zaloguj się!
| Użytkownik: | CoB | |
| Data rejestracji: | 12.09.2005 08:47 | |
| Ostatnia wizyta: | 18.03.2012 14:57 | |
| Ostatni wpis na blogu: | 21.02.2011 11:54 |
Ąjuwresbo san ybyzrg. Ziemia nie dla Yuggoth!
Über-fantasta |
Komentarze: 0 |
| Wyobraźmy sobie samotny, dryfujący umysł recenzenta książek fantastycznych. Lekko drży, ponieważ człony, za które odpowiada, sięgnęły właśnie po kolejną wspaniałą lekturę. Na chwilę się uspokaja, bo już zbliżają się do niego impulsy z nerwów wzrokowych. Wszystkie trafiają do sortowni, tam są dzielone według schematu: "wiem co to" lub "nie wiem co to". "To" może być słowem, zdaniem, opisem z książki. Przypadek zrozumienia treści przez recenzenta nas jednak nie interesuje, bo krytyk oznaczy taką paczkę słowami ROZUMIEM=ROZRYWKA=PRZECIĘTNOŚĆ. Skupimy się za to na odmiennej sytuacji. Kiedy większość paczek w magazynie nie ma swojego stempelka z nazwą. Wtedy wnikliwy umysł recenzenta, stara się zgadnąć co jest w pudełku, sprawdzając, co było w poprzedzających lub następnych. Być może to część większej machiny? I tak powstają Farmazony. Kiedyś ludzie odnajdowali zęby dinozaurów - dla nich był to dowód na istnienie smoków. Dzisiaj recenzent uważa, że bezpośredni wpływ mechaniki kwantowej na makroświat to rzecz oczywista (smoki też!) i świadczy o hard science w danym fiction. To nie koniec. To nie wszystko. Wytrenowany recenzencki mózg zostaje czasem wzburzony całą serią sygnałów, wpada w rezonans i tworzy abstrakty z prawdziwego zdarzenia. Zmienia się jego stan energetyczny i oprócz wydzieleń energii cieplnej, emituje niezachwianą niczym arogancję. Nie trzeba do tego mechaniki relatywistycznej, nie trzeba CERN-u, wystarczy mieszanka słów, serwowana na przykład w Accelerando. Im bliżej im będzie do chaotycznego bełkotu, tym lepiej. Umysł czeka niecierpliwie. Już on to jakoś ze sobą powiąże. Toż to boskie przeciwieństwo entropii, synteza totalna. Przecież wszystko musi mieć jakieś znaczenie, czyż nie? Wędrujmy dalej tropem arogancji. Nie ma sensu rozprawiać nad jej istotą, pochodzeniem. Lepiej też nie używać porównań do jej opisu, unikajmy poezji. Skupmy się za to na wydzieleniach dobywających się z tekstu recenzenta-aroganta, świadczących o jego zbytnim zadufaniu. Jak je rozpoznać i uniknąć nieprzyjemnego kontaktu? Wypunktujmy główne zasady recenzenta-aroganta, to w nich zawiera się klucz, pozwalający uniknąć niebezpieczeństwa: 1. To, że przeczytałem książkę: a) której nie ma w spisie lektur, b) która ma zadatki na technobełkot lub bełkot w ogóle, c) która nie ma fabuły, d) w której najważniejsze są postaci i relacje między nimi, e) która ma wydźwięk pesymistyczny, f) która nudzi po 5 stronach, g) której tak naprawdę nie zrozumiałem w pełni, oznacza, że jest to lektura dla inteligentnych ludzi. Ludzi, którzy ponad ślepą rozrywkę stawiają ucztę umysłu. Oświeconych fantastów, którzy wypłynęli z ciepłego bajorka i wyewoluowali w istoty zdolne do pojęcia najwyższej prawdy. 2. Moje recenzje to głównie porównania. Staram się przedstawić siebie jak najlepiej poprzez pryzmat doskonałych książek, po które sięgałem. Czytelnicy muszą poznać tak wspaniałą, oczytaną osobę. 3. Uważam, że jestem otoczony przez wrogów propagujących słabą, rozrywkową fantastykę. Przecież na każdym forum internetowym, głupiutcy ludzie podniecają się wampirami i im podobnymi! Moją misją jest propagowanie czegoś głębszego, trudniejszego, najlepiej ? niezrozumiałego. Ważne: napisać o tym w recenzji. Na zakończenie życzę jak najmniej wpadek z marnymi książkami, spowodowanych usilną potrzebą wzmocnienia sobie samooceny przez recenzenta. [size=85]Tak, ten tekst jest pisany przez frustrata, który "dzięki" chwalebnym recenzjom, natknął się na kilka bubli.[/size] | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 21.02.2011 11:54 |
Avatar i s-ka - Żer dla mas |
Komentarze: 3 |
| Avatar, Dragon Age, Zmierzch - nie oglądałem, nie grałem, nie czytałem - choć może kiedyś to uczynię. Widzę jednak, że wszystkie trzy pozycje, (w których reklamę władowano duże pieniądze), wzbudzają spore emocje. W skrócie najwięcej jest ludzi, którzy wychwalają te utwory pod niebiosa, nieliczni krytykują, a pewnie są jeszcze i tacy, którzy już o wszystkim zapomnieli. Ja nie będę jednak krytykował filmu, gry, czy książki, lecz tylko i wyłącznie widzów zachwyconych Avatarem. Swoje wnioski wysnuwam z komentarzy zamieszczonych na filmweb.pl, recenzji oraz opisów filmu w ogóle. Pojawiają się osobnicy, którym film bardzo się podobał i najprawdopodobniej z tego powodu krytykują innych, którzy na utwór narzekają (celowo nie używam słowa "dzieło"). Pośród komentarzy pojawia się dość nieładny tekst, w którym autor narzeka na krytykanctwo i pesymizm (sic! - naprawdę, co ten pesymizm ma do filmu nie wiem) Polaków, którzy śmieli zaatakować Avatara. Poza tym zgrabnie formułuje teorię, według której ci, którzy umniejszają chwałę filmu, robią to tylko i wyłącznie dlatego, żeby się wywyższyć spośród szarej masy. I o ile nie mogę się zgodzić z tym, że wszyscy krytycy cierpią na manię wyższości, o tyle nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że Avatar był kreowany i kierowany do Szarej Masy, jak to zgrabnie ujął autor komentarza (Dragon Age czy Zmierzch zapewne także). [Po premierze tego filmu nie mogłem uwierzyć w komentarze, które wystawiali znajomi na gg - "Wreszcie s-f na poziomie"; "Tą drogą powinna wędrować fantastyka naukowa" itp. "No pięknie" - myślałem - "widać, że debile niczego nie czytają".] Wcześniej, ciekaw filmu, spotkałem się w internecie z krytyką warstwy fabularnej - głównie przez to nie zdecydowałem się na wydatek związany z kinem. Niestety, s-f w kinematografii leży i kwiczy, ale to temat na inną notę. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ludzie po trójwymiarowym, pięknym spektaklu bez żadnej fabuły, są w stanie posuwać się do tak daleko idących wniosków - stawiając Avatara na równi z genialnymi dziełami fantastyki naukowej. Innymi słowy: wystarczyło dać świetną oprawę audiowizualną i zyski są pewne, a także kultowość i wzbudzenie fanatyzmu. (Problem dotyka 99% wydawanych teraz gier, ale znowu odbiegam nieznacznie od głównego wątku). Co takiego daje trójwymiarowe kino? Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że generuje tak silne podniety, że przeciętnego Kowalskiego doprowadza niemal do palpitacji serca. To coś jak (bezkrwawe i bezpieczne) Koloseum, wybijające mieszkańców z rutyny. Wierzę, że widzowie autentycznie zagłębiali się w świat Pandory. Jestem w stanie zrozumieć, że niebieskie pokraki uważane są przez niektórych za atrakcyjne istoty, i ostatecznie nie dziwię się, że Avatar stał się dla wielu odbiorców kultową fantastyką naukową. W końcu spektakl pozwolił im przenieść się do innej czasoprzestrzeni i przeżyć coś, co tak naprawdę nigdy nie będzie im dane. Fabuła stała się nawet dobra, ponieważ dała wszystkim to, co chcieli dostać. Mówiąc dobitniej i brutalniej: film wyrwał szare masy z bezbarwnego, nudnego życia, dając w zamian iluzję czegoś więcej. Myślę, że w tym tkwi siła filmu i za to należą mu się oklaski, a z drugiej strony uważam, że takie kino zaprawdę jest bezduszne, ponieważ żeruje na największej współczesnej bolączce - nudzie. To właśnie powód, dla którego nie chce mi się iść do kina (nie licząc drobnego skąpstwa) - nie potrzebuję stymulacji podniet, nie czuję rutyny lub znudzenia dniem codziennym. Może kiedyś się wybiorę, mam czas. To jeszcze nie koniec. Autor komentarza, słusznie zauważa, że jest uważany za tępaka, szarą masę, z powodu zachwytu nad Avatarem. Próbuje się z tego wygrzebać, twierdząc, że film oglądał tylko dla rozrywki. Tylko dlaczego jest tak dogłębnie nim poruszony? Dlaczego oglądanie/granie/czytanie czegoś na fali popularności, dla rozrywki, miałoby go dyskwalifikować z biegu szarej masy? Podsumowując: tak, jesteśmy Szarą Masą. Mając tego świadomość, nie musimy tacy być w tak dużym stopniu. Niestety, to trudne zadanie, bo wiąże się z pracą od podstaw. | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 28.01.2010 21:48 |
Hyperopia |
Komentarze: 0 |
| Tajemnicze słowo w tytule to nic innego jak Nadzwroczność, tyle że po łacinie, a bardziej popularnie - dalekowzroczność. Ten defekt dotyka wielu pisarzy i reżyserów (scenarzystów) science fiction. Oczywiście w przenośni - by lepiej to zobrazować użyję jeszcze innej metafory: współcześni twórcy fantastyki naukowej przypominają kierowców, którzy sprawdzają co jest za zakrętem, przy pomocy teleskopu, pomijając zupełnie to, co nie ogniskuje się w obiektywie. Czyli drogę od TERAZ do TAM. Czy to źle, skoro fikcja naukowa jest wciąż fikcją? Być może nie, a być może tak. Czepiam się, ponieważ pisarzy (o reżyserach i scenarzystach mowa będzie kiedy indziej) science fiction darzę szacunkiem i specjalnymi względami. Ktoś powinien zajmować się futurologią. Tylko problem w tym, że wizje przyszłości są bardziej fiction niż science. Scenografia i cała naukowa otoczka leży rozpłaszczona przez kilka bardziej wstrząsających pomysłów zaczerpniętych ze Scientific American. Nie mam pojęcia jak pisarze dobierają sobie odkrycia, ale jednym z czynników na pewno jest efekciarstwo. Wiadomo - nanotechnologia, kolonizacja obcych planet lub kontakt z obcymi, teleinformatyka i informatyka, zdehumanizowane systemy społeczne, wielkie katastrofy, czasoprzestrzeń i wielowymiarowość, telepatia - to tylko ułamek z całego arsenału sztuczek, mających przyciągnąć uwagę czytelnika. Tak, można ich użyć umiejętnie, może być ciekawie, ale raczej nigdy trafnie. Nauka w powieściach science fiction staje się już tylko i wyłącznie fikcją, ubraną w kilka trudnych terminów rodem z akademickich katedr. Accelerando - Charles Stross Najlepszym przykładem ostatnich lat, na powieść wypełnioną po brzegi naukowym slangiem, a nie mającą z futurologią wiele wspólnego, jest Accelerando Charles'a Stross'a. Właściwie już od pierwszych stron przejawia się przerost formy nad treścią, autor najprawdopodobniej wie, że przeciętny recenzent - humanista, padnie rażony gromem tej ponadprzeciętnej naukowej erudycji i wystawi powieści najwyższą notę. Tylko dlatego, że 80% słów jest dla niego niezbyt zrozumiałe. To nic, że później wychodzą z tego dziwaczne kwiatki i niezrozumiałe metafory. Których naprawdę nie da się sobie wyobrazić (to samo uczucie miałem w trakcie czytania Ślepowidzenia - autor budował niektóre opisy chyba tylko i wyłącznie dla siebie, mieszając kilka naukowych terminów w niestrawną dla wyobraźni papkę). Swoją drogą fabuła także jest taka sobie, wybiega w tak... nieprzyszłościową przyszłość, że ciężko mi nawet uwierzyć w część tego co przedstawia autor. Być może to wina tego, że także czytam Świat Nauki i wyciągam trochę inne wnioski. W Accelerando Stross przedstawił wizję przyszłości człowieka wygenerowaną w oparciu o ekstrapolację nie tylko poziomu nauki, ale przede wszystkim rozwoju ekonomii , co dotychczas pomijano w klasycznej fantastyce naukowej. I w tym tkwi największy problem, z jakim mierzyło się moje poczucie przynależności do TEGO świata. Ekonomia - ok - ale skąd założenie, że na to wszystko wystarczy energii? Konwerter materia-energia? To brzmi podobnie jak Miecz Chaosu. Myślę, że takie uproszczenia są bardzo nieładne. Byłbym zobowiązany polecić lepszą powieść, która także bierze pod uwagę rozwój ekonomii i została napisana ponad 50 lat temu (tak więc ktoś jednak nie pominął tego aspektu rozwoju ludzkości). Nosi tytuł: Handlarze Kosmosem, napisana została przez Frederika Pohla i C.H. Kornblutha. Naprawdę strach się bać kiedy widzi się, jak "Handlarzom..." blisko do rzeczywistości. I autorzy nie popisują się niezrozumiałym językiem. Cykl powieści Bena Bovy - Droga przez Układ Słoneczny Bova pisze całkiem znośnie, nie bawi się z nadużywaniem nauki. Jego powieści nie są może szczytem umiejętności pisarskich, jednak dotykają większości współczesnych wyzwań i problemów, przez co wydają się niezwykle naturalne. Kilka rzeczy budzi pewne wątpliwości (bardzo zaawansowana nanotechnologia, czy długie loty w przestrzeni kosmicznej), lecz autor wydaje się zbytnio z niczym nie przeginać... I wtedy wkracza energia pozyskiwana z reakcji syntezy jądrowej. Teoretycznie - możliwa, praktycznie jest z nią kłopot. Bova posługuje się sporym uproszczeniem, instalując jej reaktory gdzie popadnie, od statków kosmicznych do habitatów i na księżycu. Tylko Ziemia jest od niej wolna częściowo wolna, a to za sprawą sekt religijnych rządzących światem. Cały problem w tym, że silniki wykorzystujące zjawisko fuzji atomów to element godny Star Treka, a nie powieści popularyzującej naukę. To zadziwiające, że Bova w jednych aspektach rzeczywistości stara się nie przekłamywać, a w innych dopuszcza się takich uproszczeń. Powieść automatycznie przestaje być science fiction, a staje się fantastyką. Naprawdę zastanawiam się, czy Bova pewnych rzeczy nie dostrzega... Ziemia staje się u niego planetą wyniszczaną przez efekt cieplarniany (wywołany przez ludzi) i... nikt nic z tym nie robi. To efekt braku odpowiedniej perspektywy - nie wszyscy to Amerykanie, którym zupełnie nie zależy na ratowaniu dupy PRZED zaistnieniem kryzysu, czekający na gwiazdkę z nieba w postaci syntezy jądrowej. U Bovy wszyscy (za sprawą sekt religijnych) odwracają się od odkryć naukowych i wolą palić węglem i zwiększać w ten sposób temperaturę w swoim ziemskim piekarniku. Co najmniej dziwne, tym bardziej, że do wynalazków przychylnie podchodzą tylko wspaniałomyślni szefowie korporacji... Swoją drogą produkcja energii termojądrowej też zwiększałaby efekt cieplarniany. Więc czego nie widzi Bova? Alternatywnych źródeł energii choćby. Trzyma się bardzo, aż za bardzo, amerykańskiego, jednostkowego modelu zużycia energii. Nie ma ropy? Będzie synteza jądrowa i wszyscy nadal będą tak szczęśliwi jak przedtem! Polecimy na Marsa, Jowisza, ba! nawet Saturna! A dlaczego autor zdaje się nie dostrzegać alternatywnych źródeł energii? Najprawdopodobniej niezbyt pasowałyby mu do koncepcji ludzi-eksploratorów, którzy byliby za jej pomocą uziemieni w najbliższym czasie... (Choć nie chcę zbyt krytycznie podchodzić do wizji Bovy, ponieważ plasuje się stosunkowo wysoko w skali prawdopodobieństwa). Czarne Oceany - Jacek Dukaj W tym tekście nie mogło zabraknąć polskiej powieści science fiction. Mój wybór padł na Czarne Oceany Jacka Dukaja. O ile jestem w stanie przyznać, że pierwsza część powieści, to fantastyka naukowa (opisująca wojny ekonomiczne), o tyle cała telepatia, wszczepki, stada ludzi-zombie i przygrywająca w tle Metallica trącą... New Age! Jak dla mnie niewiele w tym nauki, wszysto trąci jakąś dziwaczną papką, mieszaniną ezoteryki, nauk ścisłych i pokracznego humanizmu w popkulturowym wydaniu. Pod tym względem Czarne Oceany przypominają mi Accelerando, autor pisze jakby dla siebie, przekazuje czytelnikowi strzępy koncepcji, z których "science" to tylko kilka liter tworzących odpowiednie terminy, a to, co kryje się pod nimi, jest tylko i wyłącznie "fiction". Nauka służy tutaj autorowi do budowania "małonaukowych" koncepcji. Mroczna, sugestywna, boleśnie realistyczna wizja społeczeństwa posthumanistycznego. Gdzie tu realizm? Pytam. No cóż, polski czytelnik nie potrzebuje realizmu, by sklasyfikować powieść jako science fiction. Za to New Age i odrobina Mroku świetnie się sprzeda. Skąd to wszystko? Dobór powieści nie był przypadkowy, ponieważ po pierwsze są znane, stosunkowo świeże i przy wszystkich z nich pojawiają się teksty o realistycznej wizji przedstawionej tam przyszłości. Ciekaw jestem, czy gros autorów, recenzentów i osób dobierających teksty na tylne strony okładki ma pojęcie o tym, co rzeczywiście się dzieje i dziać będzie w najbliższym czasie? Jedno na pewno się nie zmieni - im mniej zrozumiałe i wydumane będą koncepcje, tym recenzenci wyższe noty będą im wystawiać. I tutaj wracamy do problemu dalekowzroczności. Wróćmy do przykładu z samochodem - widząc przez lunetę skrzyżowanie za zakrętem, nigdy nie będziemy pewni, czy droga do niego jest przejezdna. A być może w jej trakcie czeka nas karambol? Wielu autorów science fiction (określanego jako Hard - czyli twardo zakorzenionego w rzeczywistości) nie bierze pod uwagę teraźniejszości, pomija niektóre mniej widoczne problemy i beztrosko tworzy swoją, już tylko fantastyczną wizję. U Bovy problem jest symboliczny, u Dukaja i Strossa olbrzymi. Na koniec, by nie być gołosłownym - <!-- m --><a class="postlink" href="http://www.lifeaftertheoilcrash.net/"><!-- m --><a class="postlink" href="http://www.lifeaftertheoilcrash.net/">http://www.lifeafterthe oilcrash.net/</a><!-- m --></a><!-- m --> - taki mały "problem", który sygnalizowałem już w tekście, zupełnie niebrany pod uwagę przez autorów kreślących mroczne i realistyczne wizje przyszłości. Bo, być może, zamiast wieżowców, telepatii, syntezy termojądrowej, postępującej rewolucji teleinformatycznej, czeka nas jazda konno do szkoły, baterie słoneczne w ogródku i lasy wiatraków. Poza tym walenie się biurokracji, wojny o surowce, "kosmiczne" ceny lotów samolotami i zastój technologiczny (a może rozwój bioinżynierii?). Pożyjemy, zobaczymy. Być może też w przyszłości, w powieściach science fiction, scenografia znowu stanie się science. | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 13.12.2009 01:27 |
Jak dobrze okłamywać, żeby jeszcze lepiej się lansować? |
Komentarze: 1 |
| Odpowiedź na pytanie daje samo życie i pozwolę sobie o tym opowiedzieć, ponieważ jestem niepomiernie zbulwersowany... Parę dni temu dzwoniła do mnie Pani z popularnego telewizyjnego show, wyświetlanego w TVN, którego ma odbyć się kolejna edycja. Ten program ma (w założeniach) przedstawiać utalentowanych ludzi. Łapiecie już jego nazwę? Więc przechodzę dalej... Zakładam, że Pani uzyskała mój numer z bloga, który prowadzę, poświęconego Capoeira Angola. Zapewne myślała, że chcemy się jako grupa promować (już nie będę reklamował dużej oglądalności moich tekstów <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P -->). Grzecznie odmówiłem, uzasadniając to tym, że trenujemy tradycyjną wersję Capoeira, poza tym robimy to niekomercyjnie i nie inwestujemy w pokazy. Nakierowałem tą Panią na inną grupę, która zajmuje się capoeirą nowoczesną i komercją w najlepszym wydaniu. I już zakończyłbym moją historię, gdyby nie... przypadek. Dzisiaj na treningu, jeden z moich "podopiecznych" rzucił od niechcenia, że kolega należący do tej innej grupy wspominał mu, że "dzwonili do nich jedynych i wybrali do <programu, który w założeniach ma promować talenty> jako najlepszą grupę Capoeiry, którą można dopuścić do udziału". Nic wcześniej nie wspominałem "swoim" podopiecznym o tym, że miałem taki telefon i przekierowałem dzwoniącą Panią do tej "najlepszej grupy". Dlatego zakładam, że "podopieczny" nie chciał mnie sprowokować podkreślając słowa "jedynych" i "najlepszą" lecz powiedział, jak słyszał. W takim razie pozostają trzy wyjścia - kłamał ich kolega, starając się wylansować przed znajomymi. Kłamali prowadzący tamtej grupy, chcąc manipulować tymi, którzy uczęszczają na jej treningi. Lub okłamała ich Pani dzwoniąca przez telefon... Zakładam to drugie i... Krew mi się w żyłach gotuje i ciśnienie rośnie, kiedy widzę takie przypadki - jak niektórzy "trenerzy" potrafią oszukiwać ludzi pod sobą. I dobrze wiem o co chodzi - kasa,kasa,kasa,sasasa! I to kasa zdzierana głównie z dzieciaków (a właściwie ich rodziców) zafascynowanych akrobacjami i głupawymi podskokami. Przynajmniej wiem, żeby nie posyłać nigdzie dziecka w ciemno i nie bulić na grupę cwaniaczków. (Choć problemem są podatki, w których i tak płacę na takich ludzi, tylko w garniturach. Ale to już nie mój wybór <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> ) Taki lans oparty na kłamstwie i manipulacji nie występuje tylko w niektórych grupach sztuk walki i im podobnych lecz wszędzie, gdzie ktoś kurczowo trzyma się władzy i chęci zysków. Dlatego przestrzegam was: uważajcie na liderów, którzy mówią o dobrobycie, "najlepszości" czy "jedyności", bo zbytnio przypomina to działanie władz w PRL-u. I jeszcze jedno. Nie ma sensu kłamać, bo jeśli coś robi się szczerze, to ludzie dobrze to widzą. I doceniają. Grupa ta prawdopodobnie i tak nie dostała się do programu (a jak się dostała, w akcie frustracji napiszę o tym ;P). Ale słowa padły i niesmak pozostaje. Choć to i tak nie moja sprawa, a ja nie chcę wywoływać burzy, kwestionując metody prowadzenia czegokolwiek przez niektórych liderów. Niech im ziemia przynajmniej, do cholery, lekką będzie! ;P | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 15.05.2009 21:38 |
Blogi RPG |
Komentarze: 0 |
| Bardzo dobrze się stało, że rozwój komunikacji umożliwił powstanie takich tworów jak blogi - na pewno można wyczytać z nich wiele ciekawych opinii i rozszerzyć swoją wiedzę, także z zakresu gier fabularnych. Z drugiej strony niezbyt wiele ich przeglądam (chyba tylko te Tawerniane <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P -->), czasem przez przypadek rzucę okiem na inne, ale robię niezwykle sporadycznie. Dlaczego? Być może ma to związek z tym, że identyfikuję się z Tawerną, ale niepośrednią rolę odgrywa także moje podejście do czasu - nie chce mi się po prostu czytać cudzych wypocin. Wiem, można czasami znaleźć coś konkretnego, ale mało takich informacji. Samemu też nie chce mi się pisać całych artykułów (z zakresu erpegowego, bo z capo to co innego) na blogu - lepiej wysłać je przecież do zinu ;P Nie wiem, kiedy zacząłem kłaść taki nacisk na praktykę i konkrety - przyszło to z czasem. Nie interesują mnie już rozwlekłe artykuły na tematy, które na sesji mogą być co najwyżej smaczkiem - lecz nie jej główną treścią (np. w której klasie postaci dominują Czarni albo jak się ubierać w Neuroshimie ;P). Poza tym arty (popularne na blogach), w których dominuje forma, a nie treść, są po prostu do dupy <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Ale zgubiłem wątek - wracając do blogów... Jeśli zdarzy mi się już jakieś czytać, wolę takie, które podchodzą pod flejm. Dlaczego? Bo można z nich wyciągnąć więcej, niż z notek gdzie ktoś stara się lizać dupę każdej ze stron (na przykład fanom storytellingu i turlania). Jeśli ktoś jest zagorzałym turlaczem, mogę się z nim zgodzić lub nie - ale pobudzi mnie do myślenia i reakcji. Kiedy czytam wyważone i "letnie" noty, robię się senny i jedyne co mogę uczynić to pokiwać głową, stwierdzić "jakiś ty mądry", zamknąć okno przeglądarki i odejść od komputera o wszystkim zapominając. Chodzi chyba o to, żeby nie być letnim. Już ktoś to powiedział - albo jest się gorącym, albo zimnym. I tak jest fajnie ;P | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 02.03.2009 16:24 |
Wypaczenia |
Komentarze: 0 |
| Żyjemy w świecie mediów, w którym codziennie atakowani jesteśmy masą głupot, zagnieżdżających się w umysłach i budujących mylny obraz spreparowanej rzeczywistości. Niestety, to nie wszystko. Często media ukazują nam "pseudowiedzę", która w ostatecznym rozrachunku jedynie nas przytępia, ponieważ opiera się... właściwie nie wiem na czym się opiera, ale na pewno nie na niczym stabilnym. Zauważam to w najmniej oczekiwanych momentach i mogę co najwyżej westchnąć z dezaprobatą. Problem nadmiernej "wiedzy" ostatnimi miesiącami pojawia się dosyć często w sferach, wokół których orbituję (sztuki walki i RPG). Od dłuższego już czasu na mych barkach wisi odpowiedzialność za prowadzenie treningów. Muszę uczyć się na własnych błędach, by robić to coraz sprawniej i ciekawiej, ale myślę, że zdobyłem już sporo doświadczenia na tym gruncie i zaczynam czuć się pewnie. Swoją drogą prowadzenie treningów niewiele różni się od prowadzenia sesji - i tu, i tam przydają się notatki; i tu, i tam warto wyćwiczyć w sobie szybkie reagowanie na nieprzewidziane wydarzenia; i tu, i tam potrzeba sporej wyobraźni. Niestety, ostatnimi czasy zauważam dziwną tendencję wśród młodzieży trenującej. Mówiąc najogólniej: robią się przemądrzali, nie słuchają, a chcą być słuchani. Nie jest to dobre - dla nich samych - ponieważ często nie mają racji, a ich działania po pierwsze zabierają cenny czas pozostałym trenującym, po drugie mogą mieć przykre skutki uboczne w praktyce, a po trzecie ukazują całkowity brak kultury i szacunku. Może nie czepiał bym się tak o te sprawy, ale wiele osób jest mylnie przekonana, że przychodzimy na treningi, by uczyć się "walczyć" i skopywać tyłki dresom. Kiedy odkrywają, że z takiej walki nici, wpadają w drugą skrajność, uważając, że w sumie to, co robią, jest zupełnie niepraktyczne i niewiele w tym sensu. Myślę, że problem taki ma wiele warstw. Jedną z nich na pewno jest medialny wpływ - w "amerykanckich", ale także naszych polskich gazetach i telewizji kierowanych do nastolatków oraz do dorosłych nazbyt często pojawia się podkreślanie bojowego aspektu sztuk walki ("a czy umiejętność XYZ umożliwiła pani samoobronę na ulicy?"; "czy miał pan przygody, podczas których musiał pan użyć XYZ?"). W filmach bohaterowie, którzy cokolwiek ze sztuk walki trenują, używają tego do przetrącania łbów i łamania kręgosłupów. Koniec końców, najgorsze jednak jest to, że same techniki stosunkowo łatwo poznać - mając pod ręką youtube i inne serwisy. Gorzej z tą drugą warstwą obejmującą sztuki walki - bo nikt na youtube nie wbija kultury do głowy dziecku, które przez ileśtam lat nie wiedziało, że czasami trzeba przeprosić, a przeklinanie jest nie w porządku. W niektórych przypadkach są także problemy z dyscypliną, nie zazdroszczę rodzicom, którzy muszą cierpieć z takimi pseudopociechami. Także zupełny brak opanowania emocji i straszna agresja, to pojawiające się przywary. Teraz wyobraźmy sobie kogoś, kto na youtube poznaje dosyć "skuteczną i brutalną" technikę. Jest osobą niezdyscyplinowaną, nieopanowaną, niekulturalną (a przez to nienauczoną szacunku do innych), agresywną i posiadającą niezwykle wygórowane ego. W trakcie "sparingu"* z kimś innym, bez wahania użyje tej techniki, a kiedy zgarnie za to opierdol, ma jeszcze pretensje, bo przecież robi "To, Co Zawiera Się w sztuce walki". Problem w tym, że "To" nie ma prawa zawrzeć się w nim, dopóki nie popracuje nad najbardziej podstawowymi emocjami "społecznymi". I tu tkwi pies pogrzebany, ponieważ taki człowiek potraktuje mnie jak oszołoma. Naoglądał się filmów, w których bohaterowie skopują innym tyłki i w ciągu miesiąca uczą się najbardziej skomplikowanych technik, by być najlepszymi, i myśli, że on też tak może. Przecież to zupełnie normalne w tej rzeczywistości! W takich przypadkach jestem skłonny stwierdzić, że etyka nie nadąża za techniką i wyobraźnią twórców z Hollywood. Ciekawe jakie obszary życia to jeszcze obejmuje? To tyle o sztukach walki i nie tylko, następna nota odnosić się będzie już tylko i wyłącznie do RPG <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> * wiem, że sparing to niezbyt trafne określenie na roda w capoeira angola, ale zostało użyte ze względu na temat tekstu <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 07.02.2009 16:24 |
Od Hongkongu do polskiego wodociągu |
Komentarze: 0 |
| Jestem wielkim fanem kinematografii z Hongkongu. Nie byle jakiej - tej związanej ze sztukami walki. Nie są to może dzieła wybitne intelektualnie, z porywającą fabułą, nietuzinkowymi bohaterami i wartością duchową dla odbiorcy. Mało w nich czegoś, co przemyca prawie każdy film - uniwersalnych prawd i nauk etycznych oraz moralnych. Za to fabuła jest prosta jak drut, bohaterowie są przygłupi i sypią żartami na swoim poziomie intelektualnym, ich motywacje to prawie zawsze chęć zemsty, no i najpierw cały czas pakują i walczą ze sługami złego, a później wygrywają z samym głównym złym (TO NIE JEST OPIS SESJI!). Skoro przepadam za takim kinem, muszę mieć jeszcze swojego ulubionego aktora. I mam! Pewnie tym nie zaskoczę wielu, którzy znają filmy akcji choćby z zerkania w telewizor, ale uwielbiam Jackie Chan'a. Nie wiem co w sobie ma, że potrafi tak świetnie zagrać idiotę (jak zrobił to w Nieustraszonej Hienie, lub Wężu w Cieniu Orła)!? Gwoli ścisłości jednak - idiotę o dobrym sercu i twardych mięśniach. Jet Li, Steven Seagal, a nawet Bruce Lee nie wydają mi się tak ciekawymi aktorami. Może ze względu na zbyt "poważne" role? Wracając do filmów z Kung-Fu w roli głównej (dziś właściwie z Wu-shu), nie wspomniałem o ich największym atucie. A właściwie wspominałem, lecz nie nakreśliłem go zbyt wyraziście - chodzi oczywiście o sceny pojedynków. Mógłbym zareklamować teraz chińszczyznę twierdząc, że oglądając ją, nauczycie się sprawiać wrażenie, że wiecie o co chodzi w udawaniu walki. Niestety nie uczynię tego, ponieważ sprawianie wrażenia bycia groźnym w udawanych walkach może być równie dobrze efektem moich właściwych treningów - walki i sprawiania wrażenia <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> Z tych wszystkich hongkongskich filmów można złożyć pokaźną liczbę styli wschodnich sztuk walki. Nie zdarzało mi się przez to nudzić przy potyczkach, tym bardziej, że często także, są wzbogacane o dziwaczne elementy. Najbardziej jednak lubię pojedynki na drągi 'bo', ewentualnie różne niekonwencjonalne narzędzia, które znajdują się pod ręką walczących. Swoją drogą spotkałem się z kretyńskimi opiniami, że filmy z elementami wu-shu są bez sensu, ponieważ samo wu-shu jest zupełnie niepraktyczne na ulicy. Dałbym sobie jaja uciąć, że przekonanie takie pokutuje tylko w naszym kraju, bo kto normalny zastanawia się nad przydatnością czegokolwiek fikcyjnego na ulicy? Zresztą to i tak kompleks dzieci betonu i rodziców Solidarności, patrząc na świat przez pryzmat praktyczności, wmawiając sobie, że jest bardzo niebezpiecznie i trzeba umieć się bronić. Oglądając przy tym na przykład Matta Damona, który w Tożsamości Bourne'a (jak mniemam) używa praktycznej Kali (z tego trza brać przykład na ulicę!). Skoro doszedłem do ulicy, pociągnę temat jeszcze kawałek dalej. Niestety, z doświadczenia nie wiem jak to jest walczyć z potężnymi dresami, ani nie zostałem zaatakowany przez chłopców z mafii. Z drugiej strony doświadczenie uczy mnie, że u podstaw chyba każdej sztuki walki leży nauczenie adepta pewności siebie, czego często BRAKUJE ludziom - myślę, że dzisiaj szczególnie, bo wielu zamyka się już tylko i wyłącznie w internecie, nie wystawiając nosa z domu. Nie będę przytaczał mądrych psychologicznych artykułów dotyczących samoobrony i szczególnej roli pewności siebie, kiedy zostajemy napastowani. Nie będę też odnosił się wcale do sytuacji fizycznego lub psychologicznego pojedynku. Chciałbym raczej podać przykłady bardziej z życia wzięte. Sytuacje, kiedy publicznie występujecie; momenty, kiedy chciałoby się powiedzieć NIE, a to niestety nie wychodzi i ulegacie; jawnie chamskie zachowanie jakiegoś typka wobec kogoś innego na waszych oczach i chęć reakcji na to, co nie wypala; stres przed egzaminami; rozmowa kwalifikacyjna; etc... Właśnie wtedy toczy się najgorszą ze wszystkich możliwych walk, walkę z samym sobą. Brzmi to już patetycznie, teraz przydałoby się, żebym rzucił czymś w stylu - zapisz się do sekcji, w której trenuję, a będziesz taki dżezi i cool jak ja i przez życie przelecisz jak pierd przez rzyć. Dziś jednak będzie non-profit <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Mądrale, o których wspominałem wcześniej twierdzą, że pewność siebie zwiększa sam fakt znajomości własnego ciała i jego ograniczeń, a do tego wystarczy chociażby wyprawiać sobie spacerki lub krótkie biegi. Zresztą urzekł mnie pod tym względem jeden program na Wedding TV (nie żebym oglądał takie stacje <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P -->) gdzie prowadzone są zajęcia aerobowe albo fitnessowe, do których wprowadzane są często elementy z boksu. Myślę, że to świetny sposób na dobrą zabawę, zaprawę i zdobycie kilku expów do Siły Woli <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> dla widzów stacji i chyba nie tylko. Oczywiście pewność siebie to tylko jeden z wielu czynników, które regulują miejsce człowieka na świecie. Do tego dochodzi jeszcze wiele innych spraw, a ja wiem, że sporo zarykowałem twierdząc, że siłę woli rozwija się poprzez treningi fizyczne, bo można zarzucić mi, że lepiej ćwiczyć ją bardziej 'intelektualnie'. Wydaje mi się jednak, że w stresogennych sytuacjach, często intelekt zawodzi, organizm zaczyna się sypać i zamiast pompować adrenalinę, a na ustach pokazywać uśmiech, działa zupełnie odwrotnie. A to tylko pogłębia zły efekt. W końcu ja też kiedyś w realu byłem nieśmiały, a z niezdecydowaniem męczyłem się naprawdę mocno, więc nie piszę o niczym, czego sam bym nie znał. Tym sposobem doszedłem do końca notki, chociaż okazał się mało związany z początkiem <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> Pozostaje mi tylko zwyczajowo życzyć wszystkim MG, żeby nie dali się stłamsić graczom - nabierzcie trochę pewności siebie <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 26.01.2009 02:31 |
Męki czekania... |
Komentarze: 0 |
| Siedzę w kuchni i gotuję. Nachodzą mnie myśli niezbyt związane z tematem garów. Złe myśli. Przed chwilą dla przykładu, zaatakował mnie jeden z 7 grzechów głównych <moment na westchnienie> - zazdrość. Komuż to taki mackowaty, zielony i gumiasty CoBi może zazdrościć? Jakież ma ku temu powody i dlaczego właśnie nad garnkiem gulaszu? Nim odpowiem na te pytania, zastanowiłbym się nad czymś zupełnie innym. Nurtuje mnie pytanie, czy epoka, w której żyjemy, to epoka rozumu, czy ducha. Wielu moich rówieśników autentycznie odchodzi od wiary, wierząc, że nie ma czegoś takiego. Z drugiej strony wielu z nich odrzuca także myślenie, nie zastanawiając się głębiej, dlaczego to robią. Chociaż może to ja mam klapki na oczach i niepotrzebnie maltretuję sprawy Wielkie, przez duże "W". Dzieci moich dzieci będą później mówić, jakiż byłem ograniczony (bo Tawerna pewnie przetrwa tyle czasu). Wymyślą później grę RPG, w której będą wcielać się w postacie Malkontentów, Pseudo-intelektualistów, Ziomali, Tych-Których-Tak-Niewielu-Bo-Czytają, Emo, Antykonsumpcjonistów, Antyklerykałów, Anty-wszystkim-co-są-Anty (oczywiście wieloklasowość jest dozwolona, a wręcz wskazana!). Będą poszukiwać równowagi pomiędzy nadszarpniętymi emocjami, a popędem ku materializmowi. Heroiczny pojedynek z dresami pod blokiem ("Bo krav maga jest praktyczna, a Ving Tsun nie!"), testy wiedzy na marketing ("Ha! Na środkowej półce w supermarkecie są najdroższe artykuły, popatrz na dół!"), używanie Psychologii do uwodzenia i manipulacji, demaskowanie księży pedofilów i dużo, bardzo dużo gadania - bez robienia czegokolwiek. Wiem. Przesadzam. Nikt nie chciałby w to grać. Być może system o dzisiejszych czasach skupiłby się z jednej strony na terroryźmie, nowych odkryciach naukowych, walką z zagrożeniami dla całej planety. Z innej perspektywy mógłby być opowieścią o ludziach pełnych paradoksów, materialistach poszukujących miłości by zaspokoić swoje egoistyczne potrzeby, przy tym walczących z głodem w krajach trzeciego świata. Albo ateistach, którzy poszukują kontaktu z bliżej niesprecyzowaną energią. Albo geniuszach znajdujących rozwiązanie na każdy z problemów, oczywiście tylko w teorii. Koniec końców mogę zgadywać tak w nieskończoność. Za to praktycznie od razu mogę odpowiedzieć na postawione w początkowych akapitach pytania. Zazdrość mnie zżera jako erpegowca i fantastę, kiedy widzę, że młodzież emo co chwila dostaje nowe hmmm... lektury. Bo oto skończył się Potter i Ryża pani, a nadeszła kolejna kura znosząca złota jajka. A w Polsce skończyła się Neuroshima i Warhammer 2ed. - od tego czasu trzeba wciąż czekać i czekać, aż pojawi się kolejny systemik. Oby jak najszybciej. Młodzież RPGowa też pragnie wzruszeń (porównywalnych z trzęsieniem ziemi!) - przynajmniej żyję taką nadzieją. | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 18.01.2009 20:01 |
Cztery lata wstecz. |
Komentarze: 0 |
| Powroty do przeszłości są przyjemne, lecz często przekolorowane. Dlaczego? To kwestia pamięci, która bywa niezwykle zawodna. Aktualnie mam problem z przypomnieniem sobie, jak zacząłem grać w gry fabularne. Oczywiście pozostaje mi forum Tawerny, gdzie chyba o tym pisałem <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie swoich motywacji. Szczególnie, że pierwsze zetknięcie z podręcznikiem do Wampira:Maskarady było podszyte raczej negatywnymi emocjami. Pomyślałem sobie wtedy: "Co to za satanistyczne książki? Oo" Oczywiście musiałem zobaczyć z czym to się je i przeglądnąć treść, która przerzuciła moje nastawienie o 180 stopni <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Pamiętam, jak mocno biło mi serce przed pierwszą sesją, którą miałem poprowadzić. Jakoś to przeżyłem, chociaż strasznie stresowałem się tym, że bohaterowie tak łatwo pokonują moje gobliny. Aha, przypomina mi się tytuł scenariusza, bo ściągnąłem go z internetu - zwał się "Jednorożec" i chodziło chyba o uratowanie tego zwierzaka, którego więziły gobliny. Od tamtego czasu cały czas prowadziłem i dopiero po roku nadszedł dzień, w którym miałem zagrać na sesji. Przejąłem się tym bardzo i stworzyłem super, ekstra, wypasioną postać z epicką historią i... zagrałem tylko jedną sesję ;P Kiedy dorwaliśmy z kolegami Neuroshimę, mniej więcej w tym samym czasie trafiłem przez przypadek na Tawernę, która znajdowała się na płycie CD-Action. Od tamtego czasu przewałkowałem większość numerów, chociaż na początku mogłem zdobywać je tylko z płytek dołączonych do CD-A. Nie wiem, co popchnęło mnie, by napisać arty do Tawerny. Z tego co pamiętam - pisywałem z Tombstone'em na lekcjach durnowate opowiadanka, na dwa głosy, które opisywały przygody erotyczne z trupami i żywymi trupami <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> W końcu wpadliśmy na pomysł, czemu by nie napisać czegoś sensowniejszego. Byłem zbyt nieśmiały, by zacząć sam, więc pomógł mi Tombstone, później już toczyłem walkę pojedynczo <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> A pierwszego maila do redakcji TRPG wciąż mam wydrukowanego i pamiętam to bicie serca, jak go czytałem <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> Ok, nie będę już bardziej przedłużał, może kiedyś znowu podejmę ten temat <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 13.01.2009 21:15 |
Gasnące Słońca |
Komentarze: 0 |
| Jestem po tworzeniu kart postaci do Gasnących Słońc. Muszę przyznać, że dopiero dzisiaj zauważyłem, iż system ma świetną mechanikę tworzenia bohatera. Zero rzutów. Zero stresów. Duża dowolność. I realny wpływ statystyk i umiejętności na samo odgrywanie i historię postaci. Do tego dochodzi stosunkowo prosta mechanika - wystarczą kości k20, (chociaż twórcy zalecają jeszcze k6). Jeśli miałbym znowu zacząć grać w Neuroshimę, wypieprzył bym jej mechanikę z podstawki i użyłbym tej z Gasnących... Samo przygotowanie scenariusza przypomniało mi dawny, (nieudany <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P -->), projekt Epsilonu. Trochę skorzystałem z tamtych danych, odrobinę wzbogaciłem je swoją wizją i... no cóż, szkoda mi graczy <!-- s:) --><img src="forum/images/smilies/icon_smile.gif" alt=":)" title="Smile" /><!-- s:) --> Słowo na koniec... mogłoby być radosne. Ale nie jestem pewien, czy będzie. Nazwa systemu, mówiąca wiele o miejscu akcji, mówi chyba także o sytuacji fandomu RPG w Polsce. Dochodzi tutaj do strasznych rzeczy. Fandom nam gaśnie, (ale to temat na inną notę). Dlatego nie mam zamiaru kończyć tej notki - zróbcie to za mnie. Spotkajcie się, rozłóżcie karty i kości na stół! Uświadomcie mi, że się mylę, że fandom RPG wciąż twardo się trzyma! Ja chcę grać, nie wstydzę się tego i w zupełności mi to wystarcza <!-- s:) --><img src="forum/images/smilies/icon_smile.gif" alt=":)" title="Smile" /><!-- s:) --> Oby i wam się tak powodziło w Nowym Roku <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 08.01.2009 23:09 |
O grach fabularnych słów kilka... |
Komentarze: 0 |
| ... i tym razem bez odgrzewania kotletów na temat pozytywnego wpływu sesji na wyobraźnię. Dwie notki temu pisałem o tym, jak pięknie wróciłem na ścieżkę gier fabularnych. Dziś twierdzę raczej, że niczym syn marnotrawny, błądziłem. Szukałem w ciemności tego, co zawsze miałem obok siebie. Wystarczyło wyciągnąć ku temu rękę, powąchać okładkę, stworzyć karty postaci i grać. Grać, nie tracąc czasu na rzeczy nieważne. Brzmi to dosyć tajemniczo i jak na razie wygląda niezbyt pretensjonalnie. Czas zmienić ton <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Wiecie, dlaczego gry fabularne są tak wspaniałe? Nie patrząc oczywiście na szereg plusów, o których wspominałem już kiedyś w artykule w Tawernie? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, wzorując się na tym, co przeżyłem w czasie przerwy od RPG i na tym, co mi je zastępowało (niestety nieudolnie). Zacznę od teatru. Jaki jest teatr nowoczesny każdy widzi. Ponoć porusza tematy związane z człowieczeństwem u podstaw. Sięga do najgłębszych dolin serc ludzkich, wydobywając stamtąd jątrzące się i ukryte przed światem zewnętrznym emocje. Niestety, każda sztuka, w jakiej miałem okazję brać udział, opowiadała o sytuacjach dziwnie przypominających telenowele. Być może młodzi autorzy sztuk, szukając inspiracji z życia wziętach, włączają telewizor? Choć przyznać im trzeba, że potrafią zaspokoić nie tylko potrzeby oglądania szklanej codzienności. Genialni scenarzyści prześcigają się w ukazywaniu... szklanej niecodzienności. Sceny gwałtów i linczów są obecnie "na topie". Przepis na sukces: półnaga, ew. całkiem naga aktorka i kilku skopujących ją aktorów, (tak żeby się realnie popłakała). Tego naprawdę potrzeba ludziom cywilizowanym.* A co klasa zapamiętała z takiego przedstawienia? Ciekawi was jakie przesłanie dotarło do grona uczniów ostatniego roku szkoły średniej? Cycki aktorki. Zostawię już ten teatr w spokoju, bo jeszcze wyjdę na chama, któremu żal 17zł, po to by kupić bilet do umoralnienia. Przejdźmy dalej, do tworów zwanych teatrami amatorskimi. Czasami dają złudzenie podobieństwa do gier fabularnych, dokładniej do LARP-owej ich części. Oto spotyka się grupka ludzi, najczęściej studentów, sięgając jeszcze głębiej niż zwykły teatr, w poszukiwaniu... właściwie to nie do końca wiadomo czego oni poszukują, ważne, żeby wyglądało mistycznie, mądrze i ambitnie. Takie teatry mają zwykle wspaniałe założenia, od których drży serce. Chcą ukazać nam drogę do szczęścia, pokazać ulotność życia, uświadamiać, że każdy jest aktorem. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Idea jest czymś niezwykle skomplikowanym do przedstawienia i zrozumienia. Dlatego często przeradza się nie tyle w kicz, co w kit. Nic, tylko zapchać przydługim i przekombinowanym przedstawieniem dziury w emocjach co niektórych twórców. O ile takich trup nie tworzą zawodowi neurotycy, (którzy życie znają, ale tylko z poziomu literatury pięknej i przydługich opisów co niektórych powieści) albo amatorscy karierowicze, (którym gra w teatrze potrzebna jest do zdobycia kolejnego papierka), to może powstać coś dobrego. Szkoda tylko, że niewiele tego dobrego obejmują moje doświadczenia. Dość teatrów, dramatyzowania i teoretyzowania. Właściwie to chciałem napisać jeszcze o przesyceniu akademickimi podręcznikami, ale koniec końców - na złe mi to nie wyszło - więc na razie pozostawię ten temat w spokoju. Na razie, bo uważam, że zbyt wiele teorii szkodzi grom fabularnym. I nie muszą się one odnosić wprost do nich <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Wrócę do kochanych RPG. Jak pewnie wielu z was zauważyło, w żadnym podręczniku nie napisano, że będziemy odgrywać codzienność. I dobrze. Czy ktoś z was wyobraża sobie nudną jak flaki z olejem sesję opowiadającą o złej macosze gracza, która nie chce wypuścić go na spotkanie z ukochanym, bo boi się jego ucieczki - i kto jej będzie wtedy gotował!? Nie? Ufff... I dobrze, bo taki scenariusz w RPGu wyglądałby pewnie inaczej i skończyłby się szczęśliwie. W teatrze nie, ponieważ niewinna córeczka zabiłaby swoją macochę, ale zajęłaby jej miejsce - zrzędliwej, zaborczej staruchy. Choć w podręcznikach do gier fabularnych, wiele stron poświęcono bestiom, zasadom walki i broniom, wszystkie pojedynki toczą się w wyobraźni. Bądźmy szczerzy - tabelka trafień krytycznych z Warhammera to pikuś w porównaniu z sadyzmem serwowanym na deskach kulturalnej instytucji, jaką jest teart, fuj! Nie chciałbym być w roli mistrza gra, (będącego przeciwniekiem BG), który dostaje realistyczne obrażenia, ku uciesze graczy. Wolę brudnych i śmierdzących graczy czerpiących przyjemność z krwawych opisów, niż czystych i śmierdzących perfumami widzów teatru, których zadowalają sceny z realnym pobiciem. Zostawiając już przemoc za sobą... Z legend znam jedną sesję w Świecie Mroku, która występowała pod szyldem: "Filozofia & Religia". Jakżem szczęśliwy, że nigdy czegoś podobnego nie rozegrałem! Gry Fabularne mają często kiczowate scenariusze. I super, bo daje nam to wiele zabawy! RPG z natury nie są pesymistyczne. Opowiadają głównie o walce, czy to z przeciwnikami, czy z przeciwnościami losu. Cechuje je dynamizm, daleko im do skostniałego teatru, który nie potrafi przedstawić Idei, bo jest przez nią zgniatany; teatru, który posuwa się do scen gwałtu, nie potrafiąc przemówić - lecz udając, że przemawia. Być może fabuła scenariusza haczy o koniuszek Idei, którą chcą przedstawić amatorskie teatry. Myślę, że RPGi mają w takim wypadku większą siłę przebicia. Czy nie wzrusza was bardziej nieudolność walki ludzi z Molochem w Neuroshimie? Czy gracze nie snują planów na jego zniszczenie, walcząc w końcu o jakąś Ideę? Nie zasypiają przy tym, jak gdyby oglądali, za przeproszeniem, kupę symboliki i mistycyzmu w jeszcze większej kupie nieudolnej gry aktorskiej. Co się stało z współczesną dramaturgią? Raczej nie przypomina tego, co ludziom najbliższe. Moja Luba pokazała mi kiedyś w internecie śmieszny programik produkujący seryjnie wolne wiersze. Ale najśmieszniejsze (i chyba zarazem najtragiczniejsze) w tym wszystkim było to, że utwory takie przypominały mi przetwory z wielu blogów uduchowionych rówieśników. Być może tu tkwi rozwiązanie - dzisiaj sztukę tworzy komputer - z wypadkowej pseudofilozofii, pseudopsychologii, pseudożycia w końcu. A gry fabularne? Przecież ich przedstawenie możemy znaleźć na dyskach twardych naszych PC-tów. (Nie)stety cRPGi nie dorastają do pięt książkowym grom! ze względu na ograniczenia tępych procesorów! Wyobraźnia ma znacznie lepsze osiągi. I co najważniejsze gry fabularne czerpią z życia o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać. Są tak samo fantastyczne i żywe, jak my sami <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> ----- * Artykuł, z którego czerpałem inspirację | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 31.12.2008 02:46 |
Wieczny malkontent... |
Komentarze: 0 |
| Zbliża się matura; przed nią studniówka; po niej egzamin zawodowy. Niestety sesji póki co nie było. Nie wiem co to za tendencja, ale nikt nigdy nie ma na nią czasu. I choć dwoję się i troję, zgadzam na jakikolwiek system i przygotowuję super scenariusze, szukam najlepszych terminów, wyprowadzam ojca z domu, to z gry nici. Pozostaje mieć nadzieję. (Jak zwykle). Dla przeciwwagi - ostro nadrabiam zaległości w komputerowych eRPeGach, ostatnio zaliczyłem Obliviona, teraz pastwię się nad pierwszą częścią Neverwinter Nights (dokładnie Hordami Podmroku). Zaraz jak skończę z Neverem, biorę się za Stalkera. Przyznać jednak trzeba, że im więcej gram na komputerze, tym większy niedosyt czuję. Na jak najbardziej rzeczywiste RPG w świecie wyobraźni <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> Kiedy apetyt wzrośnie wystarczająco wysoko, zacznę grać sam ze sobą. Nikt nie powiedział, że wyobraźni nie można dzielić <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Wystarczy spojrzeć na Tawernę. Bo czyż wszyscy nie jesteśmy tutaj jednymi, a tymi samymi BAZYLami? | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 21.12.2008 01:48 |
CoB Przebudzenie |
Komentarze: 1 |
| Myślałem, że ja plus erpegie to już koniec. Spodziewałem się, że skupię się całkowicie na innych sprawach i nie powrócę do tego, co tak bardzo ukochałem. A tu proszę, niespodzianka - wczoraj zakupiłem sobie podstawkę do Świata Mroku, a przeszło miesiąc temu d20 Modern. Szykują się sesje, znowu piszę i rozmyślam nad głupkowatymi scenariuszami (do ŚM oczywiście, nie do d20 ;P). W sumie ma to związek z kilkoma sprawami - ale żeby po przerwie nie gadać za dużo, podam dwie przyczyny, dla jakich wracam do dawnych miłości. Pierwszą z nich jest stabilizacja mojego życia, nie mam już nawału zajęć, nie cierpię na brak czasu, moje myśli znowu oddają się przyjemnym sprawom. Drugą przyczyną jest dziwna droga, jaką zatoczyły moje zainteresowania. Jak zapewne wszyscy dobrze wiedzą, zajmowałem się bardzo czynnie capoeirą, a dokładnie jej sportową wersją. Pewien zbieg okoliczności doprowadził do tego, że zacząłem (w lutym tego roku) trenować tradycyjną wersję capoeiry, bardzo ludyczną i zbliżoną swym wydźwiękiem do teatru, gdzie trzeba być bardziej aktorem, niż wojownikiem-tancerzem. To ukierunkowało moje zainteresowania antropologią społeczną - zacząłem grzebać w książkach poświęconych rytuałom, obrzędom, w końcu teatrowi i zjawiskom parateatralnym. (No i także przez to, po wakacjach mam zamiar wstąpić w szeregi teatru tańca - zacząłem postrzegać sam ruch, jako dobry nośnik informacji, a nie tylko słowo). Od zjawisk parateatralnych blisko już do gier fabularnych. Wszedłem do księgarni, w poszukiwaniu książek historycznych, ale coś podkusiło mnie niemiłosiernie i... kupiłem d20 Modern... Dziś skończyłem z graczami karty postaci i szykuje się sesja <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> I naprawdę czuję, że po tym przebudzeniu mi lepiej <!-- s:) --><img src="forum/images/smilies/icon_smile.gif" alt=":)" title="Smile" /><!-- s:) --> (Ale wciąż z trwogą spoglądam za okno... bo w każdej chwili mogą pojawić się tam GRZYBY!) | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 14.07.2008 01:53 |
Wieści o niebywałej treści |
Komentarze: 1 |
| Czytam "Historię tortur" -> będą z tego dwa arty do numeru 101. Poza tym dopracowuję ankiety i artykuł MRK, niestety, mimo zapowiedzi, nie wysłałem go do numeru 100 - wolę na spokojnie dopracować i domlecznić <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Tworzę także scenariusz (w klimatach horroru) do... to będzie niespodzianka, mam nadzieję, iż miła dla wielu starszych graczy <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Opracowuję ankiety dla fanów horroru, o których pisałem na forum - będą w niedzielę i wszystkie roześlę. --------------------------------- Wszystko, co napisałem powyżej, nie jest tytułową "niebywałą treścią". Ta wiadomość brzmi raczej: chcę reaktywować MRK, lecz nie wiem, co na to ludzie - czekam na wasze reakcje w komentarzach. Oczywiście z Mafią nie obejdzie się bez krzywych akcji, więc przygotujcie się, time is coming <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 22.11.2007 21:45 |
Teoria - znienawidzona, a zarazem kochana |
Komentarze: 6 |
| Wiele rzeczy, spraw, czynności można ująć teoretycznie. Od tego są nauki humanistyczne. Ciekawym jest to, że w wielu przypadkach, im rzadziej się coś praktykuje, tym częściej teoretyzuje. Ja sam, nie grając ostatnimi miesiącami zbyt wielu sesji, zapętliłem się w rozmyślaniach, miast pisać o czymś, co faktycznie przyda się podczas gry. Aktualnie staram się znaleźć złoty środek, pomiędzy praktyką, a teorią. Mam nadzieję, że wkrótce do tego dojdzie <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> Lecz nie do końca o tym miała być notka. Zastanawiałem się ostatnimi czasy, dlaczegóż to tworzy się teorie na temat gier fabularnych. Właściwie nie chodzi mi o samo tworzenie, ale o dziwne zjawiska związane z ich znajomością. W bliskim mi środowisku (erpegowym <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P -->), zauważyłem tendencję do nadużywania słownictwa związanego z tymi teoriami, nadinterpretowania sesji i poczucia wyższości, nad osobami, które grają i nie wdają się w to głębiej. Właściwie... Po co graczom wiedza o narratywiźmie, GNS-ie itp.? Czy usprawni to sesję? Wątpię. Raczej sesje ujednolici, doprowadzi do sztuczności i obedrze z indywidualizmu. Nie uważam prób uporządkowania sesji za wielkie zło. Za to twierdzę, iż głupotą jest, podążanie ścieżką tych "próbnych teorii", ponieważ nie w pełni oddają one rzeczywistość. Prawo grawitacji jest jedno i niezaprzeczalne, teorii komunikacji społecznej wiele. Jaki z tego wniosek? Teorie lepiej zostawić humanistom i naukowcom, gracze niech poszukują klimatu, (który ponoć nie istnieje), niech obrzucają kostkami MG i dobrze się bawią. Bo czasami nadmiar wiedzy szkodzi. A arogancja to jedna z najgorszych przypadłości <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 22.11.2007 01:12 |
Wycieki z jądra |
Komentarze: 2 |
| Nazwa notki może budzić mieszane uczucia. I dobrze, niech tak czyni. A ja, niczym fan dla fanów, wypiszę tutaj kilka informacji na temat moich tekstów, które najprawdopodobniej pojawią się w 100 numerze Tawerny. Tekst pierwszy, będzie opowiadał o sesjach akcji, ich kreacji, tworzeniu bohaterów i samym prowadzeniu. Stworzyłem sobie piękny plan, podług którego napisałem wersję alfa tekstu, by potem napisać go w wersji beta na kompie. Specjalnie dla was, uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę poszczególne punkty konceptu: 1. Narodziny Bohatera - kreacja postaci/heros wobec świata 2. Antyheros - bez niego nie moze byc bohaterow/swiat pelen zla 3. Budowa scenariusza: a) Tło b) BN-i - przyjaciele/wrogowie c) Cel/Zadanie d) Rozstawienie pionków na polu bitwy (między przyjęciem, a wykonaniem zlecenia) e) Dynamika f) Łami-główki g) Nagrody i kary/Doświadczenie ========================== Drugi tekst nosi tajemniczy tytuł "Bohaterski szlak" i jest podzielony na dwie części. Pierwsza z nich to rys historyczny i przepis "jak zostać herosem", a druga opowiada o polskich bohaterach w przyszłości. Śmiem twierdzić, iż to felieton. Mam nadzieję, że mam rację <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> Bibliografia do tekstu: 1. Bohaterowie - Carlyle Thomas 2. Intelektualiści - Johnson Paul 3. Ludzie jak bogowie - H. G. Wells ========================== Trzeci tekst poświęcony jest magii. Opowiada o dwóch nowych czarach, które można ciekawie wykorzystać na sesji. ========================== Czwarty tekst - poprawiam scenariusz i skracam go znacznie. Staram sie dodac mu "ducha". Jeśli nie zdołam do pojutrza, to najprawdopodobniej ukaże się w numerze setnymplusjeden ;P ========================== Piąty tekst jest niespodzianką - znaną po części członkom MRK <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P --> Dziękuję za uwagę, pozdrawiam i wielbię. Papa, macki na stodwa. | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 14.11.2007 00:47 |
MI mnie przerażają |
Komentarze: 8 |
| MI to potworny widok. Wgryzają się we wzrok, drążą w oczodołach, rozszarpują nerwy wzrokowe, miażdzą mózg, by na koniec zmusić do wymiotowania obłędem na widok wielu obłądów u Kreatora. Sam nie wiem co dokładnie myśleć o MI. To prawda, że są szybkie i znacznie wygodniejsze - szerokie pasmo światłowodów działa dla nich służalczo, doskonale, dzięki czemu Kreatorzy mogą wysyłać je przed niewinne, lecz ciekawe ofiary. Często ukrywają swoje MI w postaci erotyków, w postaci fantastyki, lecz najczęściej jako Dziwne i Nieokreślone Wszechświatowe Twory. MI pełne są destruktywnej mocy - potrafią zniszczyć każdą Zasadę i Strukturę, o samych Znakach już nie mówiąc. Destrukcja idzie w parze z kretynizmem. To chyba zamierzony atak Kreatorów na ludzką psychikę, wszka każdy wie, że jeśli kilka razy ogłuszy się porządnie, to można doprowadzić do głupawki. Tym sposobem Kreatorzy wysyłają swoje Nieskończenie Niedorobione Fluidy do naszych mózgów. Czy to się kiedyś skończy? (Chciałbym dodać, że siedliskiem MI jest wiele for internetowych. Strzeżcie się!) | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 28.10.2007 03:45 |
Zaginione Księgi Czarnoksiężnika Barabasha |
Komentarze: 1 |
| Wydarzenia, rozgrywające się niedawno na moich oczach, muszą zostać opowiedziane w tym miejscu, bym mógł przestrzec cały rodzaj ludzki, przed plugastwem i ohydą związaną z tajemniczymi i zakazanymi księgami Religii Piekielnych Gwiazd. Kiedy zdecydujecie się z takowych korzystać, pamiętajcie, że na was tkwi odpowiedzialność za losy świata i jeszcze dalej! Historia Trójksięgu - Dedekum Dragonae - należącego do Czarnoksiężnika Barabasza, (tego samego, którego uwolniono zamiast Jezusa), jest tragiczna, a zarazem wypełniająca zmysły trwogą, niezidentyfikowanym strachem mrożącym serca nawet najpotężniejszych członków naszej rasy, którzy i tak są pyłem w porównaniu do Przedwiecznych, potężnych Bogów Zewnętrznych. Barabasz zdobył tą demoniczną lekturę od brata siostry wnuka dziadka ostatniego Mohikanina i czerpał z niej ogromną wiedzę na temat prawideł, obłąkańczych i szaleńczych tez, rządzących Wszechświatem, Wszechrzeczą, Chaosem i Zapomnianymi Krainami leżącymi za siejącym gigantyczną grozę Płaskowyżem Leng. Potworny Trójksiąg, siejący zniszczenie i rozkład w umysłach słabeuszy, nie jeden raz wspomagał Barabasza w plugawych rytuałach, mających na celu otworzenie drogi do naszego świata Nienazwanym i Niewidzialnym, pragnącym naszej krwi zmieszanej z haustami grozy i Amolem. Wielu młodych adeptów z rodzin o podejrzanych nazwiskach (np. Bishopów) korzystało z ksiąg Demonologa, pożyczając je, by niszczyć tych, którzy im zawinili, lub szukać dzikiej i brudnej rozkoszy z istotami z Czeluści. I w końcu Trójksiąg zaginął, któryś z adeptów, zapewne kierowany przez wielkiego Nyarlathotepa, zapragnął całej wiedzy dla siebie, by uczestnicząc w orgiach zła i rozkładu przybliżać koniec naszej rasy. Pożyczył, Barabasz o tym zapomniał i adept zniknął w okolicach Miasta Kolumn. Nie ma dla nas nadziei, sam Barabasz zaginął w otchłani niewysłowionego strachu, spodziewając się konsekwencji utraty ksiąg. Nie ma ucieczki, zostaniemi pożarci, a Ziemia spłonie na ogniu niezrozumianej nienawiści i zgnije w Ich smrodzie! | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 11.08.2007 01:09 |
Coś na progu |
Komentarze: 2 |
| Notka ta służy rozprostowaniu, roozzproosstoowaaniuu, moich palców, które niestety nie są już przyzwyczajone do kojącego dotyku klawiszy klawiatury. Miast tego najchętniej schroniłyby się pośród żyznych, celulozowo-tuszowych pastwisk kolejnych lekturek, z czego, niestety nici, ponieważ w tym przypadku nie domagają oczy (monitor laptopa tak ich nie męczy). Roozzproosstoowaaniee rozpocznę regulującymi ruchami ręki. Lewa, prawa, lewa... prawie prawa, ledwie lewa, ponownie prawa... Raz, dwa, raz... Dalej drążę, dążę do pary... Para buch, ręce w ruch, w lewej luka, w prawej huka, palce pacnę, macnę, będzie łacnie. Słyszę TO na progu. TO nie dało się struć wodą utlenioną, spirytusem, denaturatem, a nawet kwasem, co niezwykle mi zaimponowało - wszakże oznacza to, że TO jest czymś niezmiernie mrocznym, plugawym, ohydnym, kosmicznym złem i gigantycznym niebezpieczeństwem dla całego świata, który znamy z naszych okien telewizorów. TO, co jest niezniszczalne dostępną mi bronią, TO, co ciągle daje o sobie znać, TO, czego głód jest niewyczerpany... TO kornik. Tak, to kornik. A kornik to TO. TO koniec. | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 08.08.2007 02:44 |
.../Mój prodżekt/... |
Komentarze: 1 |
| Oni tu są. Wiem o tym. Wiem, że przed chwilą nie miałem świadomości i opisałem swoje dzieciństwo, którego wcale nie było. Wiem więcej niż chcielibyście wiedzieć. Oni to wiedzą. Muszę przekazać tą informację dalej, by ktoś odkrył spisek. Uważajcie, zbliża się pora Ich rozrodu. W lesie, pod brzózką, po ciepłej nocy, powstaną i zmiażdżą nas swoimi zarodnikami. Modlę się o nadejście świtu, którego słońce je spali... Oby nie przejęli znowu mej świadomo Czuję dziwną wenę twórczą, pisałbym i pisał - a jako że jest już 18.06 walę kolejną notkę. Chciałbym pochwalić się swoimi Wielkimi Planami napisania kampanii grozy na wzór tych z Zew Cthulhu. Pewnie oprę się na swej znajomości i fascynacji mumiami i sztuką mumifikacji w różnych kulturach. Wyjściowo rozpocząłem prace od rozmieszczenia... ści! Co się dzieje, dlaczego jestem już tyle linijek w dole?! Czyżbym wariował?! The lunatic is in my head. The lunatic is in my head You raise the blade, you make the change You re-arrange me 'till I'm sane. You lock the door And throw away the key There's someone in my head but it's not me. | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 18.06.2007 00:24 |
Czy jestem elfem? |
Komentarze: 1 |
| The lunatic is on the grass. Remembering games and daisy chains and laughs. Got to keep the loonies on the path. Zostałem posądzony (nie jeden raz!) o niewłaściwe zachowanie, kiedy podjąłem się misji wyrażenia swojej opinii na temat ludzkich zachowań. Nie warto wspominać kogo się to tyczyło, lecz czego - ponieważ i mnie nie imają się durne, nierealne i wręcz chore pomysły na to, jak wykorzystać daną mi wolność. Kiedyś dla zabawy, często przebywaliśmy na drzewie z kolegami. W pamięci utkwił mi jeden jedyny raz, kiedy wpadłem na durny pomysł (zaznaczam, że byłem dzieckiem) i natychmiast postanowiłem go zrealizować, nie zważając na jego konsekwencje. W ogromie swej złośliwości uczyniłem coś, co miliony ludzi robi codziennie, pewnie nawet po kilka razy, by udowodnić swoją pozycję i poniżać innych. Opuściłem spodnie oraz bieliznę i wyciągnąłem (...) <wycięte z powodu treści nieprzeznaczonych dla młodocianych użytkowników i kobiet <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P -->>. Wszystko skończyło się tym, że kolega, który był dwie gałęzie niżej, zdenerwował się (czemu się nie dziwię - dzień nie należał do najcieplejszych, a mokra głowa mogła doprowadzić do przeziębienia, co nie?) i zrzucił mnie z drzewa. Na szczęście skończyło się na rozbitej wardze... Dla odmiany, innym razem, braciszek kolegi poprosił mnie, bym wdrapał się dla niego na drzewo, by zdjąć mu piłkę, która tam utknęła. Oczywiście ochoczo podjąłem się tego zadania, wdrapałem się na jego wierzchołek, po czym z przerażeniem popatrzyłem w dół, na moje sandały, które zostawiłem pod pniakiem. Cienka strużka (...) <wycięte z powodu treści nieprzeznaczonych dla młodocianych użytkowników i kobiet <!-- s:P --><img src="forum/images/smilies/icon_razz.gif" alt=":P" title="Razz" /><!-- s:P -->> Braciszek kolegi, śmiejąc się do rozpuku, wciągnął spodnie, po czym zostawił mnie z mokrymi sandałami. A ja niczym mnich, pokutnik, cierpiący za swoje dawne przewinienia, wyruszyłem ku ciepłu domowego ogniska. Cóż, wnioski nasuwają się same. Teraz już wiem, że ci wyżej mogą robić świństwa, ale przez to z hukiem spadają. A ci niżej także są złośliwi - wystarczy, że starający się o coś więcej, zostawią na ich pastwę swoje przedmioty i może spotkać je coś bardzo nieprzyjemnego (lub nieprzyjemnie mokrego i pachnącego). Morał jest jednak inny. Zauważyłem, że lubiłem wchodzić na drzewa, a robiłem to z taką lubością, z jaką uczestniczyłem w czytaniu książek, przez co stwierdzam, iż mola książkowego ciągnie każdy rodzaj celulozy, nawet taka, której przetrawienie wiąże się z bólem jelit* <!-- s;) --><img src="forum/images/smilies/icon_wink.gif" alt=";)" title="Wink" /><!-- s;) --> * (te jelita to trochę naciągne, ponieważ miałem raczej odrapane ręce i kolana <!-- s:D --><img src="forum/images/smilies/icon_biggrin.gif" alt=":D" title="Very Happy" /><!-- s:D -->) | |
| Dodaj komentarz... | CoB, 17.06.2007 23:47 |
| Następna |
Star Wars: Antologia Fanów 2009
Czarnoksiężnik z Północy
Ziemia skuta lodem
Dziewiąty mag - A.R. Reystone
Bitwa o Skandię - John Flanagan
Odwet orków
GONE – Zniknęli. Faza pierwsza: Niepokój
Kroki w nieznane 2008 - Antologia
Płonący most - John Flanagan
Ruiny Gorlanu - John Flanagan
Wojna goblina - Jim C. Hines
Świeca na wietrze - T. H. White
Odźwierny - Marina i Siergiej Diaczenko
Zamek Lorda Valentine'a - Robert Silverberg
Polaris - Jack McDevitt
Powrót orków - Michael Peinkofer
Alicja i Ciemny Las - Jacek Piekara
Droga Goblina - Jim C. Hines
Neuroshima: Łowca - Gabriel Kasprzak
Stacja tranzytowa/Rezerwat goblinów - Clifford D. Simak
Rycerz spod ciemnej gwiazdy - T. H. White
Obóz koncentracji - Thomas M. Disch
Astropia
451° Fahrenheita - Ray Bradbury
451° Fahrenheita - Ray Bradbury
Vita Nostra - Marina i Siergiej Diaczenko
Babel 17 - Samuel R. Delany
Wiedźma z lasu - T.H. White
Rytuał - Marina i Siergiej Diaczenko
Miasto szaleńców i świętych - Jeff VanderMeer
Miecz dla króla - T.H. White
Jak NIE zginie ludzkość - Andrzej Zimniak
Nadzy ludzie - Kir Bułyczow
Mąż czarownicy. Wielki czas - Fritz Leiber
Smykałka do wojny - Jack McDevitt
Najdłuższa podróż. The Best off... - Poul Anderson
Trzęsienie ziemi - Kir Bułyczow
Żołnierze kosmosu - Robert A. Heinlein
Wojna Zombie - Max Brooks
Niedobry Królewicz Karolek - John Moore
Astralnia - Zuzana Minichova
Rytuał, tom 2 - Dušan Fabián
Rytuał, tom 1 - Dušan Fabián
Zombie Survival - Max Brooks
Krąg doskonały - Sean Stewart
Powrót do Whorla - Gene Wolfe